– Ministerstwo Edukacji skopiowało z naszych publikacji ok. 30 z 96 stron w swoim elementarzu dla pierwszoklasistów – powiedział na konferencji prasowej Jerzy Garlicki, prezes zarządu Wydawnictwa Szkolnego i Pedagogicznego. W ministerialnym podręczniku mają nawet znajdować się elementy, które WSiP chciało wykorzystać w tegorocznej publikacji. – Nie ma mowy o żadnym plagiacie – stanowczo zaznacza Joanna Dębek, rzecznik MEN.
Przedstawiciele wydawnictwa twierdzą, że plagiat dotyczy zarówno "Elementarza pierwszej klasy" z 1994 roku, którego autorką jest Maria Lorek - obecnie przewodniczy ona pracom nad podręcznikiem MEN, a także późniejszych publikacji oraz elementarza, który miał wejść na rynek w tym roku.
– Nasz podręcznik, nad którym pracowało kilkanaście osób, nie był wysłany jeszcze do MEN – przekonuje Garlicki. Wydawnictwa muszą je zgłaszać do resortu edukacji przed publikacją. Dodaje, że dostęp do przygotowywanego projektu miała jedynie określona grupa osób w firmie. Jedna z tych z nich przeszła z WSiP do ministerstwa.
Zarzutom zaprzecza resort. – Absurdalne jest zarzucanie nam, że skopiowaliśmy podręcznik, który nie jest dostępny na rynku. Swój projekt umieściliśmy na stronie internetowej 17 kwietnia. Po prawie miesiącu WSiP oskarża nas, że skopiowaliśmy treści z jeszcze nieopublikowanego podręcznika. To niepoważne – wyjaśnia Dębek. I dodaje – „Nasz Elementarz” z podręcznikiem z 1994 r. łączy osoba autorki - Marii Lorek, która przez lata wypracowała pewne schematy, które teraz realizuje.
Garlicki zapowiedział, że chce podjąć dialog z minister edukacji Joanna Kluzik-Rostowską, ale resort podtrzymuje, że konsekwentnie nie konsultuje się z wydawnictwami. Czy po zgłoszeniu plagiatu MEN pozostanie niewzruszony? – Liczę, że reakcja nastąpi – stwierdza Garlicki. Rzecznik prasowy ministerstwa edukacji nie pozostawia złudzeń. - Nie planujemy zajmować się odpowiedzią na pisma ze strony wydawnictwa. Jedne co planujemy, to opublikowanie ostatecznej wersji podręcznika – przekonuje Dębek.
– Wiemy, że teraz ministerstwo w ciągu tygodnia-dwóch, będzie wymieniało te wszystkie splagiatowane elementy. I dobrze – przekonuje Garlicki. – Wierzę, że premier i minister edukacji nie mieli świadomości, ze w ich projekcie skopiowano treści, które należą do innego wydawnictwa. - W najbliższym czasie zaprezentujemy ostateczną wersję elementarza. Tę, która pójdzie do druku. Znajdzie się w niej wiele zmian. Jednak nie będą one wynikiem postulatów wydawców, a będą za to wyjściem naprzeciw postulatom, które pojawiły się w trakcie konsultacji społecznych, m.in. ze strony nauczycieli i rodziców – ripostuje Dębek.
Rząd założył, że od września do szkół trafi darmowy podręcznik dla klas 1-3. Dodatkowo uznał, że jego powstaniem zajmie się MEN, bez korzystania z oferty prywatnych podmiotów. Resort edukacji na zrealizowanie ambitnego planu ma kilka miesięcy. – Prace nad podręcznikiem w idealnych warunkach trwają ponad dwa lata – wyjaśnia Anna Borchard, redaktorka z WSiP. - Koszt takiej pracy to kilka milionów złotych – w zależności od grupy docelowej, ilości przeprowadzonych wcześniej badań i prób - dodaje.
Wydawnictwo myśli o podliczeniu swoich ewentualnych strat. – Trzeba policzyć nakład pracy wykorzystanych do powstania podręczników z których czerpał ministerialny zespół oraz to, ile moglibyśmy zarobić wydając swój nowy elementarz – wyjaśnia Garlicki. Jak dodaje "ciężko jest mówić o konkretnej kwocie".
Przypomnijmy, że rządowy elementarz kosztować będzie 5 mln zł, z czego prawie 150 tys. otrzyma przewodnicząca zespołu MEN, Maria Lorek. Czy WSiP będzie się ubiegał o odzyskanie 30 proc. tej sumy? – Na pewno chcemy się porozumieć z ministerstwem – przekonuje prezes WSiP. Garlicki wyjaśnia, że "wejście na drogę sądową to ostateczność i chcą tego uniknąć". Równolegle wydawnictwo rozważa podjęcie kroków prawnych w stosunku do swoich były pracowników, którzy dopuścili się wykorzystania cudzej własności intelektualnej.
Całkiem inaczej sprawę byłych pracowników wydawnictwa widzi MEN. – W ministerialnym zespole pracuje osiem osób, z czego dwójka z nich to byli pracownicy WSiP. Są to osoby doświadczone, legalnie zatrudnione, nie łamiące umów z poprzednimi pracodawcami – tłumaczy rzecznika prasowa.
Wiele wskazuje na to, że sprawa rzekomego plagiatu swój finał znajdzie w sądzie. Stanowisko wydawnictwa może załagodzić ostateczna wersja rządowego elementarza, którą MEN planuje opublikować w ciągu kilku najbliższych dni.
Tekst został pierwotnie opublikowany w serwisie naTemat.pl Tak znajdują się również przykłady rzekomego plagiatu.
"Nasze problemy zostały stworzone przez ludzi i mogą zostać przez ludzi rozwiązane" - john f. kennedy
środa, 14 maja 2014
piątek, 9 maja 2014
Dyspozytorzy pogotowia na cenzurowanym po karambolu na S8. "To ciężka i słabo opłacana praca"
Trzy osoby zmarły, ponad 30 zostało rannych – to efekt karambolu na drodze S8. W mediach trwa gorąca dyskusja o zachowaniu dyspozytorów pogotowia ratunkowego, którzy nadzorowali wysyłanie karetek. Do sieci wyciekły nagrania z rozmów pomiędzy nimi. Jak wygląda ich praca od kuchni? – Jest niezwykle stresująca i nieatrakcyjna finansowo – zdradzają pracownicy.
Po wypadku drogowym na trasie S8 w województwie łódzkim, "Dziennik Łódzki" opublikował nagrania rozmów dyspozytorów pogotowia ratunkowego, którzy koordynowali akcję medyczną. Pojawiły się głosy o ich niekompetencji, opieszałości i braku zdecydowania. Pierwszy zespół medyczny dotarł na miejsce pół godziny po zgłoszeniu zdarzenia – to dużo czy mało? Wrzawa medialna sprawiła, że tematem tym zajął się osobiście minister zdrowia.
– To bardzo stresująca praca – przekonuje Anna*, była pracowniczka pogotowia ratunkowego w Gdańsku z kilkunastoletnim doświadczeniem. – Nasza praca nie polega tylko na odbieraniu telefonów – zaznacza. Dodaje, że dyspozytor odpowiada za pacjenta od momentu zgłoszenia wypadku, do przejęcia go przez zespół medyczny, a nawet później, gdy karetka jedzie do szpitala. To dyspozytor informuje placówkę o przyjeździe poszkodowanego.
Podobnego zdania jest Jacek Pachota, który pracował jako koordynator pogotowia ratunkowego w Krakowie. Odpowiadał on za pracę dyspozytorów, dlatego też w swojej pracy nierzadko podlegał wewnętrznym dochodzeniom oraz miał kontakt z prokuraturą, która wyjaśniała okoliczności wypadków. – Nie zawsze tragiczne wypadki są najbardziej stresującym momentem w naszej pracy. Sama odmowa wysłania karetki też może być przyczyną dochodzenia śledczych – wyjaśnia Pachota, anestezjolog z 30-letnim doświadczeniem.
Na co dzień dyspozytor odbiera od 200 do 400 telefonów w trakcie dyżuru. Niekiedy więcej. – Z jednego wypadku możemy mieć kilkadziesiąt zgłoszeń – wyjaśnia Anna. Wśród wszystkich zgłoszeń należy oddzielić realne wołanie o pomoc od głupich żartów. – Zdarzają się telefony z pytaniem o godzinę – przekonuje była dyspozytorka. Nierzadko są to telefony od znudzonych dzieciaków albo od osób chorych psychicznie.
Dyspozytor pogotowia polega na samym sobie. Na dwunastogodzinnym dyżurze w gdańskiej placówce są trzy osoby. Mają do dyspozycji kilka zespołów medycznych – podstawowe i specjalistyczne. W przypadku większych wątpliwości konsultują się z lekarzem koordynatorem, który jest jeden na całe województwo. W praktyce nie ma czasu, aby większość przypadków dodatkowo omówić. – To ciągła walka z czasem – wyjaśnia rozmówczyni. Dziennie z pogotowania karetki wyjeżdżają ok. 150 razy.
– Koordynator jest wsparciem dla dyspozytorów. Decyduje on w przypadkach, gdy pojawiają się wątpliwości odnośnie stanu poszkodowanego i wskazań do wysłania zespołu ratownictwa medycznego – przekonuje Pachota.
Chociaż praca nie jest dobrze płatna w porównaniu do związanej z nią odpowiedzialności, to dodatkowo trzeba posiadać spore doświadczenie. – Taka osoba musi mieć oczywiście wykształcenie medyczne. Dodatkowo minimum pięć lat doświadczenia w pracy na pogotowiu, anestezjologi, pielęgniarstwie chirurgicznym albo ratunkowym – wyjaśnia Anna, która nie zdradza jednak dokładnych stawek.
Dyspozytor powinien posiadać cechy na kształt współczesnego herosa. Musi być opanowany, kulturalny, asertywny, stanowczy i mieć też zdolności przywódcze. – Dyspozytor ciągle się dokształca. Musi sobie radzić z rozmówcami, którzy panikują, krzyczą czy przeklinają – tłumaczy Kowalska. – To dyspozytor ma prowadzić rozmowę, nie może pozwolić, aby rozmówca wszedł mu na głowę albo ją przeciągał – dodaje. Tutaj liczy się każda sekunda. Dodatkowo dyspozytor zarządza zespołami ratowniczymi i kieruje ich na miejsce wypadku, dlatego musi umieć postawić na swoim i szybko reagować.
Nasza rozmówczyni przyznaje, że każdy doświadczony dyspozytor miał w swojej karierze zawodowej sytuację, w której bezpośrednio przez telefon ratował czyjeś życie. Chociażby dzięki udzielaniu instrukcji przeprowadzania masażu serca. – Podobnie w przypadku obfitego krwawienia, to my tłumaczymy, jak je zatamować, żeby poszkodowany nie wykrwawił się do czasu przyjazdu karetki – dodaje.
Jak przekonuje była dyspozytorka, najbardziej dramatycznymi momentami w jej pracy były jednak chwile, kiedy ludzie potrzebowali pomocy, a nie miała żadnego dostępnego zespołu medycznego do wysłania. – Wówczas trzeba go ściągnąć z okolicy, a to dodatkowy czas i dodatkowy stres – wyjaśnia.
Praca na dyspozytorni wymaga pełnego skupienia. Poza wyjściem do toalety czy krótkim posiłkiem, pracuje się bez przerwy. – Ludzie często nie mają świadomości, że nie z każdym przypadkiem muszą się do nas zgłaszać – tłumaczy. Nierzadko zamiast wysyłania zespołu medycznego, dyspozytorzy proponują udanie się do przychodni lekarskiej albo kontakt do całodobowej pomocy lekarskiej.
Czy dyspozytorzy odczuwają większą presję po tym jak wokół nich rozgorzała medialna dyskusja? – Media kochają temat służby zdrowia i lubią go przekoloryzować – uspokaja pracowniczka służby zdrowia. W jej opinii każdy przypadek należy oceniać jednostkowo i nie wydawałaby żadnych osądów na fali medialnych doniesień.
– Presja presją, ale trzeba robić swoje i pracować dalej – wyjaśnia. – Dyspozytorzy mają doświadczenie i postępują według ściśle ustalonych zasad – dodaje. Na pytanie o poziom trudności tej pracy odpowiada: – W skali od jednego do dziesięciu, powiedziałabym, że to minimum osiem. Jeszcze wyżej ocenia ją Pachota. – Z pewnością górna granica 8-10.
Tekst został pierwotnie opublikowany w serwisie naTemat.pl
Po wypadku drogowym na trasie S8 w województwie łódzkim, "Dziennik Łódzki" opublikował nagrania rozmów dyspozytorów pogotowia ratunkowego, którzy koordynowali akcję medyczną. Pojawiły się głosy o ich niekompetencji, opieszałości i braku zdecydowania. Pierwszy zespół medyczny dotarł na miejsce pół godziny po zgłoszeniu zdarzenia – to dużo czy mało? Wrzawa medialna sprawiła, że tematem tym zajął się osobiście minister zdrowia.
– To bardzo stresująca praca – przekonuje Anna*, była pracowniczka pogotowia ratunkowego w Gdańsku z kilkunastoletnim doświadczeniem. – Nasza praca nie polega tylko na odbieraniu telefonów – zaznacza. Dodaje, że dyspozytor odpowiada za pacjenta od momentu zgłoszenia wypadku, do przejęcia go przez zespół medyczny, a nawet później, gdy karetka jedzie do szpitala. To dyspozytor informuje placówkę o przyjeździe poszkodowanego.
Podobnego zdania jest Jacek Pachota, który pracował jako koordynator pogotowia ratunkowego w Krakowie. Odpowiadał on za pracę dyspozytorów, dlatego też w swojej pracy nierzadko podlegał wewnętrznym dochodzeniom oraz miał kontakt z prokuraturą, która wyjaśniała okoliczności wypadków. – Nie zawsze tragiczne wypadki są najbardziej stresującym momentem w naszej pracy. Sama odmowa wysłania karetki też może być przyczyną dochodzenia śledczych – wyjaśnia Pachota, anestezjolog z 30-letnim doświadczeniem.
Na co dzień dyspozytor odbiera od 200 do 400 telefonów w trakcie dyżuru. Niekiedy więcej. – Z jednego wypadku możemy mieć kilkadziesiąt zgłoszeń – wyjaśnia Anna. Wśród wszystkich zgłoszeń należy oddzielić realne wołanie o pomoc od głupich żartów. – Zdarzają się telefony z pytaniem o godzinę – przekonuje była dyspozytorka. Nierzadko są to telefony od znudzonych dzieciaków albo od osób chorych psychicznie.
Dyspozytor pogotowia polega na samym sobie. Na dwunastogodzinnym dyżurze w gdańskiej placówce są trzy osoby. Mają do dyspozycji kilka zespołów medycznych – podstawowe i specjalistyczne. W przypadku większych wątpliwości konsultują się z lekarzem koordynatorem, który jest jeden na całe województwo. W praktyce nie ma czasu, aby większość przypadków dodatkowo omówić. – To ciągła walka z czasem – wyjaśnia rozmówczyni. Dziennie z pogotowania karetki wyjeżdżają ok. 150 razy.
– Koordynator jest wsparciem dla dyspozytorów. Decyduje on w przypadkach, gdy pojawiają się wątpliwości odnośnie stanu poszkodowanego i wskazań do wysłania zespołu ratownictwa medycznego – przekonuje Pachota.
Chociaż praca nie jest dobrze płatna w porównaniu do związanej z nią odpowiedzialności, to dodatkowo trzeba posiadać spore doświadczenie. – Taka osoba musi mieć oczywiście wykształcenie medyczne. Dodatkowo minimum pięć lat doświadczenia w pracy na pogotowiu, anestezjologi, pielęgniarstwie chirurgicznym albo ratunkowym – wyjaśnia Anna, która nie zdradza jednak dokładnych stawek.
Dyspozytor powinien posiadać cechy na kształt współczesnego herosa. Musi być opanowany, kulturalny, asertywny, stanowczy i mieć też zdolności przywódcze. – Dyspozytor ciągle się dokształca. Musi sobie radzić z rozmówcami, którzy panikują, krzyczą czy przeklinają – tłumaczy Kowalska. – To dyspozytor ma prowadzić rozmowę, nie może pozwolić, aby rozmówca wszedł mu na głowę albo ją przeciągał – dodaje. Tutaj liczy się każda sekunda. Dodatkowo dyspozytor zarządza zespołami ratowniczymi i kieruje ich na miejsce wypadku, dlatego musi umieć postawić na swoim i szybko reagować.
Nasza rozmówczyni przyznaje, że każdy doświadczony dyspozytor miał w swojej karierze zawodowej sytuację, w której bezpośrednio przez telefon ratował czyjeś życie. Chociażby dzięki udzielaniu instrukcji przeprowadzania masażu serca. – Podobnie w przypadku obfitego krwawienia, to my tłumaczymy, jak je zatamować, żeby poszkodowany nie wykrwawił się do czasu przyjazdu karetki – dodaje.
Jak przekonuje była dyspozytorka, najbardziej dramatycznymi momentami w jej pracy były jednak chwile, kiedy ludzie potrzebowali pomocy, a nie miała żadnego dostępnego zespołu medycznego do wysłania. – Wówczas trzeba go ściągnąć z okolicy, a to dodatkowy czas i dodatkowy stres – wyjaśnia.
Praca na dyspozytorni wymaga pełnego skupienia. Poza wyjściem do toalety czy krótkim posiłkiem, pracuje się bez przerwy. – Ludzie często nie mają świadomości, że nie z każdym przypadkiem muszą się do nas zgłaszać – tłumaczy. Nierzadko zamiast wysyłania zespołu medycznego, dyspozytorzy proponują udanie się do przychodni lekarskiej albo kontakt do całodobowej pomocy lekarskiej.
Czy dyspozytorzy odczuwają większą presję po tym jak wokół nich rozgorzała medialna dyskusja? – Media kochają temat służby zdrowia i lubią go przekoloryzować – uspokaja pracowniczka służby zdrowia. W jej opinii każdy przypadek należy oceniać jednostkowo i nie wydawałaby żadnych osądów na fali medialnych doniesień.
– Presja presją, ale trzeba robić swoje i pracować dalej – wyjaśnia. – Dyspozytorzy mają doświadczenie i postępują według ściśle ustalonych zasad – dodaje. Na pytanie o poziom trudności tej pracy odpowiada: – W skali od jednego do dziesięciu, powiedziałabym, że to minimum osiem. Jeszcze wyżej ocenia ją Pachota. – Z pewnością górna granica 8-10.
Tekst został pierwotnie opublikowany w serwisie naTemat.pl
czwartek, 1 maja 2014
Niemiec, Rusek, dwa bratanki. Gerhard Schröder adwokatem Putina w Europie
Swoje 70-te urodziny były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder spędził w Petersburgu w towarzystwie kremlowskiej świty z Władimirem Putinem na czele. Zażyłe relacje niemieckiego polityka z rosyjskim prezydentem trwają już od lat. Schröderowi dało to posadę w radzie nadzorczej spółki Nord Stream po tym jak przegrał wybory. Ich przyjaźń historycznie budzi w Polsce złe skojarzenia.
W okrągłą rocznicę urodzin Schröder przyjmował życzenia m.in. od Władimira Putin oraz Aleksieja Millera, szefa Gazpromu, który posiada pakiet większościowy w Nord Stream. Spółka ta obsługuje gazociąg północny na dnie omijający Polskę, Ukrainę i kraje nadbałtyckie - a były kanclerz należy do jej rady nadzorczej. Na imprezie bawił się również premier Maklemburgii-Pomorza Przedniego Erwin Sellering. To land, gdzie rosyjski gazociąg wychodzi z wody na teren Niemiec.
W zabawie w najmniejszym stopniu nie przeszkadzał fakt, że w Ługańsku na wschodzie Ukrainy w roli zakładników przetrzymywani są m.in. Niemcy z misji OBWE. Podobnie jak przez lata Schröder nie miał problemu z łamaniem praw obywatelskich w Rosji, tak teraz jest adwokatem Moskwy na Zachodzie w sprawie Ukrainy.
W języku niemieckim istnieje nawet wyrażenie „Russland-Versteher”, czyli „osoba rozumiejąca Rosję”. Po II wojnie światowej kilku prominentnych polityków chętniej zerkało w stronę Moskwy niż na inne stolice europejskie czy Waszyngton. Za „Russland-Versteher” z oczywistych względów uchodził Erich Honecker z NRD, którego soczysty pocałunek z Leonidem Breżniewem przeszedł do historii. Później podobnie postrzegano Helmuta Kohla, Franka-Waltera Steinmeiera - obecnego szefa niemieckiego MSZ oraz cenionego politologa Alexandra Rahra. Jednak żadnemu z nich po upadku muru berlińskiego nie było po drodze z Rosją tak bardzo, jak Schröderowi, który zresztą za swoje „Russland-Versteher” dostaje sowitą pensję od Nord Streamu.
Niezwykłym wyczuciem chwili wykazał się również niemiecki klub piłkarski Schalke 04 z Gelsenkirchen, który przyjął zaproszenie od samego gospodarza Kremla do odwiedzenia Moskwy. Możliwe, że ekipa z Zagłębia Ruhry nie byłaby taka chętna na wschodnie wojaże, gdyby nie fakt, że ich sponsorem jest Gazprom, a szef rady nadzorczej klubu Clemens Tönnies ma intratne interesy w Rosji. Jak podaje „Wyborcza” do Tönniesa należy największy w Europie koncern przetwórstwa mięs, który zamierza inwestować w Rosji. Sam zainteresowany stanowczo zaprzecza takim informacjom.
Niemiecka prasa dowodzi, że umowa sponsorska rosyjskiego potentata gazowego z Schalke to zasługa nie kogo innego, jak Schrödera. To za sprawą już ówczesnego byłego kanclerza w 2006 roku doszło do spotkania prezesa Schalke i Putina - informuje niemiecki dziennik „Die Zeit”. Moskwa, dotując Schalke roczną kwotą 14-15 mln euro, miała uratować drużynę przed bankructwem. - Putinowi świeciły się oczy, kiedy opowiadałem mu o naszym klubie - przekonuje Tönnies w „Die Zeit”. Jak na ironię , Gerhard Schröder jest fanem i członkiem honorowym Borussii Dortmund - lokalnego i odwiecznego rywala Schalke.
Na taką pozycję były kanclerz długo jednak pracował. Gerhard Schröder dwukrotnie wygrał wybory parlamentarne w Niemczech. Po raz pierwszy w 1998 r. i po raz drugi w 2002 r. Drugiej kadencji już nie ukończył, bo Bundestag nie udzielił mu wotum zaufania. W listopadzie 2005 r. odchodzi ze stanowiska kanclerza, a już rok później zaczyna pracę w spółce Nord Stream. Zasada „drzwi obrotowych” - szybkie przechodzenie polityków do świata biznesu i odwrotnie, zadziałała w tym przypadku błyskawicznie.
Za swoją nową pracę Schröder był ostro krytykowany. Tym bardziej, że z niemieckiego budżetu poszło aż miliard euro na niemiecko-rosyjski projekt gazociągu północnego. Podpis pod dokumentem o przyznaniu tych pieniędzy szef rządu RFN złożył na niecały miesiąc przed przyspieszonymi wyborami z 2005 roku. Wprawdzie od początku socjaldemokraci byli w defensywie, ale ostatecznie mieli nawet szansę je wygrać.
Według nieoficjalnych informacji były kanclerz w Nord Streamie zarabia rocznie ok. 1,5 mln - informuje „Newsweek”. W tym roku pozycja byłego już polityka w biznesie naftowym może jeszcze wzrosnąć. Jak podaje serwis TVN24 BiŚ, koncern BP planuje powołać byłego kanclerza Niemiec na członka zarządu rosyjskiego giganta naftowego Rosnieft. Brytyjski koncern posiada prawie 20 proc. akcji tej rosyjskiej spółki.
Biznesowa kariera Schrödera to jedna strona medalu, druga to wstawiennictwo na jakie Kreml i Putin może liczyć z jego strony. W ostatnich kilkunastu latach nie było w Europie tak przychylnego Moskwie polityka. Nawet Silvio Berlusconi nie bronił tak dzielnie interesów Rosji, jak niemiecki socjaldemokrata.
Kiedy George W. Bush obwieścił światu rozpoczęcie „wojny z terroryzmem” po ataku na WTC, to niemiecki kanclerz stanął z nim w jednym rzędzie. Wysłał również do Afganistanu niemieckie wojska - co było pierwszą zagraniczną misją Niemiec od czasu zakończenia wojny. Bundeswehra spędziła tam równo 10 lat. Do Iraku jednak Niemcy już nie weszli. Rząd RFN, obok Francji i Rosji stał głównym krytykiem interwencji USA w Iraku.
Gdy 2008 roku w Europie powstało nowe państwo - Kosowo, które oderwało się od Serbii, pomysł najbardziej krytykowała Rosja. O dziwo, wówczas Kreml był zdeklarowanym przeciwnikiem separatyzmu. Także wówczas Moskwa nie zawiodła się na swoim starym druhu. - To było przedwczesne i dlatego błędne - oceniał Schröder w rosyjskich mediach. Przekonywał, że oderwanie Kosowa od Serbii nie rozwiązuje starych problemów, a jedynie rodzi nowe.
Członek rady nadzorczej Nord Streamu udziela się również w przypadku Ukrainy. - Europa powinna współpracować z Rosją w rozwiązaniu konfliktu na Ukrainie - powiedział Schröder w lutym tego roku.
Nie zmienił swojego zdania po aneksji Krymu przez Rosję i wzniecaniu niepokojów na wschodzi kraju. - Problemy Ukrainy należy rozwiązywać w kooperacji z Rosją, a nie w konfrontacji - wyjaśniał były kanclerz RFN i dodał, że „Europa „nie ma prawa do stawiania Ukrainy przed wyborem”. - Oczywiście, że to, co się dzieje na Krymie jest łamaniem prawa międzynarodowego - przyznał były kanclerz w dzienniku „DW”. Mimo to, nie zamierza jednak potępiać swojego rosyjskiego przyjaciela.
Niemiecki polityk nawet prywatnie jest emocjonalnie związany z ojczyzną Putina. Ojciec Schrödera zginął na froncie wschodnim w czasie II wojny światowej. A wraz ze swoją czwartą żoną były kanclerz Niemiec adoptował dwójkę dzieci z... St. Petersburga.
Niemcy i Rosję łączą mocne więzi gospodarcze. Ich obroty handlowe - mniejsze niż polsko-niemieckie, sięgają 77 mld euro rocznie i bardziej opłacają się Berlinowi - podaje „Polityka”. Tym bardziej należy docenić realpolitik Angeli Merkel, który nie wpisuje się w poczet „Russland-Versteher” sięgającego w Niemczech już XVIII wieku.
Tekst został pierwotnie opublikowany w serwisie naTemat.pl
W okrągłą rocznicę urodzin Schröder przyjmował życzenia m.in. od Władimira Putin oraz Aleksieja Millera, szefa Gazpromu, który posiada pakiet większościowy w Nord Stream. Spółka ta obsługuje gazociąg północny na dnie omijający Polskę, Ukrainę i kraje nadbałtyckie - a były kanclerz należy do jej rady nadzorczej. Na imprezie bawił się również premier Maklemburgii-Pomorza Przedniego Erwin Sellering. To land, gdzie rosyjski gazociąg wychodzi z wody na teren Niemiec.
W zabawie w najmniejszym stopniu nie przeszkadzał fakt, że w Ługańsku na wschodzie Ukrainy w roli zakładników przetrzymywani są m.in. Niemcy z misji OBWE. Podobnie jak przez lata Schröder nie miał problemu z łamaniem praw obywatelskich w Rosji, tak teraz jest adwokatem Moskwy na Zachodzie w sprawie Ukrainy.
W języku niemieckim istnieje nawet wyrażenie „Russland-Versteher”, czyli „osoba rozumiejąca Rosję”. Po II wojnie światowej kilku prominentnych polityków chętniej zerkało w stronę Moskwy niż na inne stolice europejskie czy Waszyngton. Za „Russland-Versteher” z oczywistych względów uchodził Erich Honecker z NRD, którego soczysty pocałunek z Leonidem Breżniewem przeszedł do historii. Później podobnie postrzegano Helmuta Kohla, Franka-Waltera Steinmeiera - obecnego szefa niemieckiego MSZ oraz cenionego politologa Alexandra Rahra. Jednak żadnemu z nich po upadku muru berlińskiego nie było po drodze z Rosją tak bardzo, jak Schröderowi, który zresztą za swoje „Russland-Versteher” dostaje sowitą pensję od Nord Streamu.
Niezwykłym wyczuciem chwili wykazał się również niemiecki klub piłkarski Schalke 04 z Gelsenkirchen, który przyjął zaproszenie od samego gospodarza Kremla do odwiedzenia Moskwy. Możliwe, że ekipa z Zagłębia Ruhry nie byłaby taka chętna na wschodnie wojaże, gdyby nie fakt, że ich sponsorem jest Gazprom, a szef rady nadzorczej klubu Clemens Tönnies ma intratne interesy w Rosji. Jak podaje „Wyborcza” do Tönniesa należy największy w Europie koncern przetwórstwa mięs, który zamierza inwestować w Rosji. Sam zainteresowany stanowczo zaprzecza takim informacjom.
Niemiecka prasa dowodzi, że umowa sponsorska rosyjskiego potentata gazowego z Schalke to zasługa nie kogo innego, jak Schrödera. To za sprawą już ówczesnego byłego kanclerza w 2006 roku doszło do spotkania prezesa Schalke i Putina - informuje niemiecki dziennik „Die Zeit”. Moskwa, dotując Schalke roczną kwotą 14-15 mln euro, miała uratować drużynę przed bankructwem. - Putinowi świeciły się oczy, kiedy opowiadałem mu o naszym klubie - przekonuje Tönnies w „Die Zeit”. Jak na ironię , Gerhard Schröder jest fanem i członkiem honorowym Borussii Dortmund - lokalnego i odwiecznego rywala Schalke.
Na taką pozycję były kanclerz długo jednak pracował. Gerhard Schröder dwukrotnie wygrał wybory parlamentarne w Niemczech. Po raz pierwszy w 1998 r. i po raz drugi w 2002 r. Drugiej kadencji już nie ukończył, bo Bundestag nie udzielił mu wotum zaufania. W listopadzie 2005 r. odchodzi ze stanowiska kanclerza, a już rok później zaczyna pracę w spółce Nord Stream. Zasada „drzwi obrotowych” - szybkie przechodzenie polityków do świata biznesu i odwrotnie, zadziałała w tym przypadku błyskawicznie.
Za swoją nową pracę Schröder był ostro krytykowany. Tym bardziej, że z niemieckiego budżetu poszło aż miliard euro na niemiecko-rosyjski projekt gazociągu północnego. Podpis pod dokumentem o przyznaniu tych pieniędzy szef rządu RFN złożył na niecały miesiąc przed przyspieszonymi wyborami z 2005 roku. Wprawdzie od początku socjaldemokraci byli w defensywie, ale ostatecznie mieli nawet szansę je wygrać.
Według nieoficjalnych informacji były kanclerz w Nord Streamie zarabia rocznie ok. 1,5 mln - informuje „Newsweek”. W tym roku pozycja byłego już polityka w biznesie naftowym może jeszcze wzrosnąć. Jak podaje serwis TVN24 BiŚ, koncern BP planuje powołać byłego kanclerza Niemiec na członka zarządu rosyjskiego giganta naftowego Rosnieft. Brytyjski koncern posiada prawie 20 proc. akcji tej rosyjskiej spółki.
Biznesowa kariera Schrödera to jedna strona medalu, druga to wstawiennictwo na jakie Kreml i Putin może liczyć z jego strony. W ostatnich kilkunastu latach nie było w Europie tak przychylnego Moskwie polityka. Nawet Silvio Berlusconi nie bronił tak dzielnie interesów Rosji, jak niemiecki socjaldemokrata.
Kiedy George W. Bush obwieścił światu rozpoczęcie „wojny z terroryzmem” po ataku na WTC, to niemiecki kanclerz stanął z nim w jednym rzędzie. Wysłał również do Afganistanu niemieckie wojska - co było pierwszą zagraniczną misją Niemiec od czasu zakończenia wojny. Bundeswehra spędziła tam równo 10 lat. Do Iraku jednak Niemcy już nie weszli. Rząd RFN, obok Francji i Rosji stał głównym krytykiem interwencji USA w Iraku.
Gdy 2008 roku w Europie powstało nowe państwo - Kosowo, które oderwało się od Serbii, pomysł najbardziej krytykowała Rosja. O dziwo, wówczas Kreml był zdeklarowanym przeciwnikiem separatyzmu. Także wówczas Moskwa nie zawiodła się na swoim starym druhu. - To było przedwczesne i dlatego błędne - oceniał Schröder w rosyjskich mediach. Przekonywał, że oderwanie Kosowa od Serbii nie rozwiązuje starych problemów, a jedynie rodzi nowe.
Członek rady nadzorczej Nord Streamu udziela się również w przypadku Ukrainy. - Europa powinna współpracować z Rosją w rozwiązaniu konfliktu na Ukrainie - powiedział Schröder w lutym tego roku.
Nie zmienił swojego zdania po aneksji Krymu przez Rosję i wzniecaniu niepokojów na wschodzi kraju. - Problemy Ukrainy należy rozwiązywać w kooperacji z Rosją, a nie w konfrontacji - wyjaśniał były kanclerz RFN i dodał, że „Europa „nie ma prawa do stawiania Ukrainy przed wyborem”. - Oczywiście, że to, co się dzieje na Krymie jest łamaniem prawa międzynarodowego - przyznał były kanclerz w dzienniku „DW”. Mimo to, nie zamierza jednak potępiać swojego rosyjskiego przyjaciela.
Niemiecki polityk nawet prywatnie jest emocjonalnie związany z ojczyzną Putina. Ojciec Schrödera zginął na froncie wschodnim w czasie II wojny światowej. A wraz ze swoją czwartą żoną były kanclerz Niemiec adoptował dwójkę dzieci z... St. Petersburga.
Niemcy i Rosję łączą mocne więzi gospodarcze. Ich obroty handlowe - mniejsze niż polsko-niemieckie, sięgają 77 mld euro rocznie i bardziej opłacają się Berlinowi - podaje „Polityka”. Tym bardziej należy docenić realpolitik Angeli Merkel, który nie wpisuje się w poczet „Russland-Versteher” sięgającego w Niemczech już XVIII wieku.
Tekst został pierwotnie opublikowany w serwisie naTemat.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)


